Jednym z najbardziej znienawidzonych słów wśród niektórych mieszkańców Wielkiej Brytanii nie jest słowo kryzys, bezrobocie, bankier czy polityk, a słowo Polak. Przekonał się o tym Naveeda Hassama, właściciel sklepu w małym kornwalijskim miasteczku, Bodmin, który w ogłoszeniu wywieszonym na szybie poinformował, że szuka osoby do pracy ze znajomością języka polskiego.
Wśród lokalnej społeczności ogłoszenie wywołało prawdziwą burzę. Mieszkańcy oskarżyli właściciela o dyskryminację. W sprawie ogłoszenia miejscowi złożyli zażalenia zarówno do właściciela sklepu, jak również do władz miasta tłumacząc, że lokalna społeczność nie ma szans na podjęcie pracy w markecie. Efekt? Właściciel sklepu, choć wyjaśniał swoją decyzję zapotrzebowaniem, to jednak pod presją lokalnej społeczności postanowił ogłoszenie usunąć. Rzecznik Komisji, ds. Równości i Praw Człowieka w Londynie orzekł, że pracodawca miał prawo sformułować takie ogłoszenie. Rzecznik dodał również, że pracodawca nie może ograniczać poszukiwań pracownika, określając w ogłoszeniu preferowaną narodowość, a o tym, czy prawo zostało naruszone orzekać może tylko sąd. O tym, jak bardzo Wielka Brytania jest wyczulona na sprawy dyskryminacji można przekonać się niemal każdego dnia. Roszczenia składają zarówno miejscowi, jak również imigranci. W wielu przypadkach skargi mają racjonalne uzasadnienie, jednak niektóre roszczenia przybierają absurdalny charakter powodując niesmak, niedowierzanie, a niekiedy po prostu śmiech. Zastanówmy się.
Jak powinno wyglądać ogłoszenie w sprawie pracy? Czy powinno zawierać tłumaczenie większości języków, którymi posługują się mieszkańcy Wielkiej Brytanii? Czy właściciel prywatnego sklepu, wbrew własnemu interesowi, powinien w pierwszej kolejności zatrudniać Brytyjczyków? Czy japońska restauracja powinna serwować sushi z angielską instrukcją obsługi saibashi? Co z ryżem, pizzą, owocami morza, albo szwajcarskimi serami, francuskimi bagietkami czy rosyjską wódką? Czy czeskie knedliczki powinni sprzedawać tylko Brytyjczycy? Dlaczego miejscowym nie przeszkadza międzynarodowa załoga sieci McDonald’s, czy innych barów szybkiej obsługi? Dlaczego niektórzy miejscowi z podziwem spoglądają na moją córkę, władającą dwoma językami? Dlaczego z niedowierzaniem słuchają opowieści, że chce nauczyć się chińskiego, francuskiego i hiszpańskiego? Czy niektórzy zadufani w sobie lub niedouczeni Brytyjczycy mają świadomość, że na świecie istnieją inne kultury, inne zwyczaje, kuchnie, sklepy, produkty? Czy niektórzy miejscowi, choć przez chwilę, myśleli o nauczeniu się innego „obcego” języka?
Jedno jest pewne. Kryzys nie sprzyja przyjaźni, a każda najmniejsza wątpliwość może zrodzić niechęć, zawiść, zazdrość, a nawet agresję. I choć mamy prawo, to nie trudno odnieść czasami wrażenia, że prawo, albo jest źle skonstruowane, albo źle interpretowane, albo i jedno i drugie. Oczywiście mamy demokrację, kapitalizm, wolny rynek, więc jeśli ulicy nie podoba się sklep lub właściciel zawsze można zmienić przyzwyczajenia. Jednak nie powinno dochodzić do sytuacji, w której ulica dyktuje warunki i wywiera presję na prywatnym przedsiębiorcy. Zdaje się, że zachowanie niektórych mieszkańców miasteczka nosiło znacznie bardziej znamiona dyskryminacji i naruszenie prawa niż wywieszone przez właściciela sklepu ogłoszenie. I gdyby wydarzenie z miasteczka Bodmin, było wydarzeniem marginalnym, moglibyśmy uśmiechnąć się i puścić całą sytuację w niepamięć. Jednak problem jest znacznie głębszy i pod płaszczykiem politycznej poprawności ukrywa się dużo większe zjawisko niż mogłoby się wydawać, bowiem, albo jesteśmy społeczeństwem multikulturowym, albo zmierzamy w kierunku Litwy.
Cytując polskiego komediopisarza Aleksandra Fredro: „Wolnoć Tomku w swoim domku”, chciałoby się powiedzieć: Domek to Europa, a Tomek, to my Europejczycy. Niestety, niektórym nawet bajkę trudno zrozumieć. Być może problem leży w tłumaczeniu?
Felieton opublikowany na stronie: Gazeta Elektroniczna w dniu 22/01/2012
















22/01/2012
Felieton